Bycie chorą nigdy mi nie wychodziło.
Pomijając okres rozkosznego niemowlęctwa-dzieciństwa, kiedy to namiętnie wożono mnie na ostre dyżury z atakami dusznic rozmaitych i faszerowano antybiotykami wszelkiej maści, przez tych ostatnich naście lat udało mi się wmówić sobie i otoczeniu jak niezwykle odporna jestem na infekcje. Mój organizm robił wszystko, aby podtrzymać wysokie mniemanie o własnej nietykalności; od lat nierzadkim więc widokiem była Ola maszerująca dziarsko i ochoczo w krótkim rękawku przez zaśnieżony rynek (wycieczka do spożywczego po Twixy na przerwie śniadaniowej), Ola która nie zawraca sobie głowy suszeniem włosów przed wyjściem z domu, Ola-mors kąpiąca się w morzu zimą, Ola wiecznie ciepła, nigdy nie trzesąca się z zimna, z symbolicznym katarkiem raz w roku. Zdaję sobie sprawę jak niesamowicie wkurwiający musi być powyższy opis dla osób przeziębiających się łatwo i często, ale prawda jest taka-od wieków nie byłam prawdziwie chora. Mimo oczywistego i rażącego niedbalstwa, diety ubogiej w podstawowe produkty wzmacniające odporność, zamiłowania do ubrań cienkich i fobii swetrowej kpiłam sobie w żywe oczy z choroby. Aż tu nagle, jak nie pierdolnie wirus wiosenny. Pierwszej nocy ilość i realizm koszmarów przekraczała wszelkie granice; częstotliwość budzenia i uderzania głową w niski sufit na poddaszu również. Nie wspominając już o trzykrotnym zwaleniu na podłogę lampy (żarówka została czujnie stłuczona dawno temu), która oddalona jest od łóżka znacznie (jak? JAK, pytam?). Rano nie wiedziałam natomiast czy mój stan można określić i tłumaczyć inaczej niż przepicie lub przećpanie; nadwrażliwość powierzchni całego ciała zakrawała na obłęd, dotyk szlafroka na skórze wywoływał histeryczny chichot. Tupot białych mew był całkowicie nieuzasadniony, ale nieodparty. Obijałam się półprzytomna po mieszkaniu, zadzwoniłam też do taty z pytaniem czy hipoteka faktycznie jest przypisana do nieruchomości, a nie do osoby fizycznej? Nurtowało mnie to jakiś czas, a on po prostu przyjechał z kolejnym opakowaniem Ibupromu zatoki. Do kategorii niepokojących objawów można było zaliczyć także godzinę mojego wynurzenia z pokoju- były to okolice ósmej, co bez przesadyzmu można uznać za fenomen wart odnotowania, bo u mnie do południa budzikom śmierć. Nie obejrzałam wypożyczonych filmów, pierwszy raz nie dokończyłam Fear and loathing in Las Vegas, nie byłam w stanie przyjąć żadnego pokarmu poza ananasami z puszki. Snułam się między kuchnią (w której co chwilę otwierałam lodówkę i zamykałam ze wstrętem) a pokojem bez końca i bez soczewek, w starych, dwuogniskowych okularach korekcyjnych z zepsutym teleskopem. Teleskop trzymał całość, więc jego uszkodzenie wymagało zastosowania pomysłowych rozwiązań.
W efekcie gumka do włosów zaciskająca dramatycznie szkło przecinała mi obraz świata na pół. Łączac to z moim obrzydliwym różowym szlafrokiem w białe słonie (aha) tworzyłam żywy obraz siedmiu nieszczęść. Każda piosenka z wyjątkiem tej jednej kurewsko działała mi na nerwy. Przeczytałam za to Biblię od deski od deski, potem wydanie Starego i Nowego Testamentu z obrazkami (prezent komunijny.), następnie słownik mitologii greckiej i rzymskiej, słownik literatury powszechnej i nowy numer Wilq’a – ‚Tłuc buców’. („kto buców nie tłuce ten sam jest bucem!”). Swoją drogą, mój intymny, tajemniczy i kompletnie niezrozumiały kontakt z Pismem jest niewytłumaczalny nawet dla mnie samej, a już najbardziej (najmniej?) dla szkolnej katechetki, która przeprowadzała niedawno konkurs wiedzy biblijnej i wyraźnie pęłko jej naczynko na mój widok (na zajęcia nie uczęszczam uporczywie od lat dwóch). Wyżej wymienioną wiedzę mam bowiem rozległą.Ale jest to temat na dłuższą rozkminę. (ha! rozkmina! czyż nie jest to urocze słowo?)
Dnia następnego miała miejsce kolejna plaga egipska- mój głos, nigdy szczególnie wdzięczny, dźwięczny ani dziewczęcy, wyewoluował w pomruk w rodzaju Macieja Zembatego w „Piosenkach z trumienki”. Tylko trochę bardziej. Na reakcje współczujących (ha! ha! ha!) bliźnich wolę spuścić zasłonę miłosierdzia.
W chwili obecnej, tj dnia piątego, utrzymawszy honor-nie poddając się leczeniu antybiotykami czuję się wręcz dobrze. Po co to napisałam? Może wyciągnęłam wnioski z kilkudziesięciu najbardziej zachrypionych godzin mojego życia? Pewnie nie.
Jak tam ferie? Ferie spędziłam w miejscu ciepłym. Już na tak ogólną uwagę większość sugeruje mi dość gwałtownie bym oddaliła się szybko w nieznanym kierunku, kiedy natomiast nakreślam rys geograficzny, widzę w oczach iskierki szaleństwa. Mauritius jest krajem mikroskopijnym, specyficznym i powiedzmy, że na tym zakończę. Prawie. Jako, że obowiązuje zakaz wywozu jakichkolwiek muszli z wyspy, w strachu przed czarnymi celnikami uzbrojonymi po same zęby upchnęłam pół kilograma muszli w staniku. Och, rzucę jeszcze tylko uwagę na temat mojego niezawodnie beztroskiego taty, który niezwykle czujnie zapomniał poinformować o planowanym czasie lotu. Po jedenastu godzinach zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy mój biust odzyska kiedykolwiek naturalny kształt (choć wzorek odbitej muszelki mógłby być ciekawym erotycznym wabikiem. na pewno. na pewno.) Przy odrobinie weny podrasuję nieco opowieści z okolic równika, uwielbiam być obiektem zawiści.
Wiosna ewidentnie przyszła.
Wzeszły pierwsze przebikupki, a nawet krokusy. Słońce naprawdę świeci! Moje wymądrzanie na dowolny temat przechodzi już wszelkie pojęcie, ilość amatorów przygód seksualnych na ławkach parkowych stale rośnie wraz z temperaturą, a cena kalafiora spada! Tego co się dzieje w mojej szkole, niestety, nie zawdzięczam porze roku, lecz licznym widzom naszego 1 ALO Show, którzy, wysyłając smsy, połowę nauczycieli posadzili na gorących krzesłach, co skutkuje odchudzeniem naszego planu lekcji o połowę godzin (jeśli nie więcej).
W skrócie: absolutnie zwyczajny chaos.