Wiem wiem, nie pisałam wszakże tak długo, powinniście mnie zesromać (jeszcze jedno zabawne słowo), nie w głowie mi teraz streszczanie irlandzkich przygód, do których mogę zaliczyć dwukrotną wizytę na komendzie policji w Dublinie, komiczny podryw polskich roboli, spanie z psem importowanym z Afryki i picie hiszpańskiego wina z hardkorową irlandzką babcią do drugiej w nocy (zabawne, jak potrafi rozszerzyć się zasób słownictwa!).
We wspomnianej głowie natomiast hasają mi różowe jelonki, sugestywnie machając ogonkami. W tle tęcza, krasnale ogrodowe i ogólnie mega suitaśny stuff. (nie, nie wąchałam znów korektora).
Podczas gdy pies sąsiadów z głucho i miarowo wali łbem w ścianę swojej pancernej budy, dowcipny dzielnicowy dowcipniś ponownie przekleja litery na tabliczce ulicy Tkackiej by utworzyć z niej ulicę Kaca, kradzione samochody rozpaczliwie wyją, a mój nieszczęsny komputer wystosowuje do mnie komunikaty o małej ilości miejsca na dysku, o krytycznie małej ilości miejsca na dysku, ja siedzę w swoich różowych, burżujskich i uber pedalskich skarpetkach na łóżku, po ciemku, czuję się prawie jak tru h4xor, elo, słucham Juliette&The Licks i po prostu mi dobrze. Jutro piątek, a potem kolejny tydzień, który minie równie szybko jak ten, bo przecież to I ALO SHOW, w którym nic nie dzieje się naprawdę. Bohaterem dzisiejszego odcinka jest Babcia Halina z daleko posuniętą schizofrenią, jutro stawiam na Kumkę, która przecież w zeszłym tygodniu przeszła samą siebie, gdy podczas lekcji genetyki w szkolnych katakumbach, stwierdziła, że jest tortem. Gratulujemy dojścia do ładu ze swoją tożsamością, zachęcamy do dalszych badań nad własnym ego. Finał za rok. Matura.

Ale póki co jest bardzo, bardzo, bardzo zabawnie. Aż mam ochotę uśmiechnąć się jak Jack Torrance.