Pada.
Pada, a ja sobie idę. Idę, moknę, moknę, moknę, moknę do szpiku kości. Tak prawdziwie, nie przerażona, tylko diabelnie spokojna, z pełną jasnością umysłu. Nie z siatką, torebką z imitacji skóry nad głową. Moknę z premedytacją, na przekór wręcz, dziecinnie buntowniczo. Bo czemu nie? Pada mocno, dosadnie, dobitnie. Absurdalny parasol w groszki złożony w torbie w kapsle, bo ja cała jestem w groszki i kapsle, taka absurdalna dogłębnie. Płaszcz na ręce,
pasek ciągnie się po ziemi, pławi w kałużach, będzie schnął (sechł?) ze cztery godziny, i co z tego. Jedyną pępowiną łączącą ze światem prawdziwym są kable w moich uszach i monitorek małego szatana w odrapanej obudowie.
My wild love went ridin’
She rode all the day
no więc moknę a moknę, a moknąć będę jeszcze, z uporem maniaka, białym patyczkiem w dłoni i z nadzieją na kogoś. Proszę, żeby się wrócił; on mówi nie-nie-nie, innym razem, i
stawia uśmiech :)hahahaha, przecież wiem, ja też bym nie wróciła, i on jeszcze mówi, że życie z cynizmem płynie dalej; a może ja nie chcę? tak więc szukam kogoś, kogoś kto też moknie,tak całkiem, tak jak ja;tak pewnie i stanowczo, tak cudownie na wskroś i orzeźwiająco do środka;
i jest.
też idzie, i moknie, i chyba też czuje tę ciszę; to fascynujące napięcie i jednocześnie błogi spokój. tylko że on jest daleko, nie tylko fizycznie, ale i wewnętrznie; daleko ode mnie, nieosiągalnie. Progi, moi kochani. Progi. i moje nogi.
niedaleko domu usuwam muł z koryta strumyka z dzieckiem; oczy jak spodki, jak duże groszki. Płaszcz skąpał się w błocie, śmieje się sie mnie sprzączka, ha-ha-ha. wszystko zaczyna przypominać ziszczony sen idioty. Postanawiam skąpać się w rzeczce;w końcu bardziej mokrzy nie będziemy, hmmm, doktorze Watsonie? ale najpierw chwilę popatrzę.
No i p a t r z ę.
With your feet in the air and your head on the ground
Try this trick and spin it, yeah
Your head will collapse
If there’s nothing in it
And you’ll ask yourself
Where is my mind?
pole gąbczastych pomarańczowych grzybków rośnie wokół mnie,a ja wciąż nie mogę przestać p a t r z e ć. Moje oczy krótkowzroczne -6 na rzeczywistość a daleko sięgające po uroki obejmują cierpliwie, precyzyjnie każdy detal.
I chłoną.
Skąpałam się.
I on też pisze, i dobrze mi z tym, sięgam plateau, ale co ja mogę, leżę na oiomie po dawce cudów, oiom jest moim rattanowym łószkiem (jak mis uszatek, co klapnięte uszko ma!), kordła swetr no i wiejący wiater obowiazkowo, i sen; sen który nie będzie piękniejszy niz to co się działo niedawno.