Ach… no więc wróciłam :) i co gorsza nie dziś tylko w zeszły poniedziałek, uch, co za wstyd tak długo notkę produkować ^_~
Przejdę od razu do rzeczy.
Dnia 27 czerwca anno domini (nie do ciebie dominik) zostałam brutalnie zbudzona o godzinie bodajże siódmej trzydzieści, ponieważ do mojej ekstremalnie wypchanej walizy trzeba było wsadzić trampki, które, rzecz jasna, zostawiłam w szkole żeby nie obnosić się z nimi na początku roku szkolnego ;) Tak więc jak juz mówiłam udałam się z tatkiem i bratem do pandemonium grozy które dopiero co opuściłam. Skiknęłam przez płot, bo brama była zamkła. Dzwoniłam jak na alarm jakieś dziesięć minut zanim z czeluści wyłonił się stróż i z podejrzliwym spojrzeniem otworzył mi drzwi. Porwałam buciory i czym prędzej czmychnęłam z tego negatywnie napromieniowanego miejsca. Wróciłam do domu i walnęłam się w spowrotem w łóżko, niestety, nie dane mi było dłużej poleżeć.
Zaczęła się nerwówka.
Gorączkowe ładowanie bagażu podręcznego który był niewiele mniejszy od normalnego bagażu,dzika panika itd. Kto mnie widział przed wyjazdem to wie ^_~
Pojechaliśmy na lotnisko.
Przeszłam przez kontrolę, wszystko okej bo gdańskie lotnisko znam nie od dziś. Natomiast warszawskie-hm…
„Przejdź przez halę krajową, wyjdź na zewnątrz, potem po schodach po lewej na górę”.
Ta, yhm, łatwo powiedzieć. Ryczące dzieci, klnący dorośli,obściskujące się pary i dudniący megafon-a ja w samym środku tego piekła.
Kontrola bagażu.
-Proszę się zatrzymać.
-No przecież nigdzie nie idę.
-Ma pani niebezpieczne narzędzie w torbie.
-Taaak? [nerwowe spojrzenie na boki]
-Nożyczki do paznokci. Proszę je wyjąć.
-Ale one są na samym dnie!!
-Nieważne. Nożyczki są niedozwolone.
W końcu,ponaglana przez zniecierpliwionych pasażerów kopiących mnie po goleniach, wyjmuję. GrrRrRrR!
Sklepy wolnocłowe. Super! Szkoda, że zostało mi 10 minut do odlotu. Szkoda, że zauważyłam to będąc w drogerii.
GATE#2
-Samolot do Londynu!
-Przeniesiono. Prosze przejść do GATE#6.
-COOOOOO??!!! To na drugim końcu!!
-W takim razie proszę pobiec.
[tup tup tup, pata pata pata]
-SAMOLOT DO LONDYNU?!!
-Już odleciał.
-Proszę pana, to nie jest śmieszne!
-Ja mówię serio.
-GrRrRr!
-No dobrze. Tylko następnym razem trzeba przyjść szybciej, bo już wszyscy wsiadają.
[kolejne prześwietlenie-bzzzyt]
-Pani ma pilnik do paznokci w torbie.
-No mam.
-Jest niebezpieczny,
-Nieprawda!
-W każdym razie zabroniony.
Wyrzucam.
W samolocie.
[Ola śpi]
Lądowanie.
[Ola śpi]
Pobudka!
Był ktoś kiedys na lotnisku w Londynie? Hm?
Czekałam na bagaż 45 minut. To 45 minut upłynęło mi w błogich domysłach do jakiego kraju przy moim szczęściu luggage zawędrował. Do Iraku? Do Włoch? Do Rosji? A jednak sie znalazł :D
Przy wyjściu czekała na mnie babka z tabliczką od Selekt Inglisz, więc nie udało mi się zgubić. Wsiadłam do autokaru. Jakiś facet zapytał mnie
-Gyrton Koledż?
A ja, zdająca w grudniu fce, wiecznie rozgadana i tokująca Ola odpowiedziałam na miarę swych sił jednym, wieloznacznym, głębokim i kontorwersyjnym:
-He?
Podróż do Cambridge
[Ola śpi]
Dojazd-i pierwszy szok, kierownice po prawej stronie :D
Miły facet odwiózł mnie do mojego „domu”, gdzie powitała mnie równie miła gospodyni pytająca co minutę „ar ju okej?”na co niezmiennie kiwałam głową bo już ledwo zipałam.
Doczołgałam się do pokoju, w którym nikogo nie było. Już zaczęło we mnie narastać straszne uczucie że zawieźli mnie nie tam dzie trzeba, gdy nagle wpadło mnóstwo brokatu i obcisłych ciuchów, które zaczęły się ze mna witać, poklepywac mnie po plecach, oglądać z każdej strony i dźgać z nabożnym lękiem palcem.
Taaak, to były Hiszpanki :D
Wszystkie Hiszpanki + Bayan <-rula :D
Po bliższym poznaniu okazały się wyjątkowo sympatyczne. Głośne, ale sympatyczne. Po chwili pojawiła się jeszcze jedna dziewczyna którą początkowo wzięłam za Japonkę… okazała się Kazaszką [Kazachstanką? Jak to się draństwo odmienia?!].
Następnego dnia poszlismy wszyscy do głównego budynku szkolnego. Wtedy Bayan (Kaza…;) przedstawiła mi jedynego Polaka na obozie [63 osoby;], Michała. Umysłowość Konia, uśmiech Czajnika, jeśli wiecie o co mi chodzi, no ale zawsze mozna było gadać po swojemu ;) Napisaliśmy banalny test po czym przydzielili nas do grup. Trafiłam do jednej z Hiszpanką, b. fajną Sarą (mylące bo byała jeszcze jedna i niefajna i w ogóle nie nawijała po angielsku tylko po hiszpansku :P)
paroma innymi osobami oraz wiecznie nachlanym albo „smoked” Czechem :D
Szczegółów lekcji chyba nie kcecie?
Ola i Brian :D
A właśnie, Brian był Szkotem z zajefajnym akcentem. Literę „i” wymawiał jak „e” no i ciekawe rzeczy z tego wychodziły. Wyjmował też co chwilę gitarę i zaczynał śpiewać (fajnie, szkoda że głosu nie miał :)
Podczas lunchu skumaliśmy się z fajnymi Hiszpanami, m.in. Perą, Juanem Jo, i Jeanem Carlo :) a najlepsiejszy to był Chavi. I tu jest dłuższa historia :) Jego imię to Xavier. Można pisać również Chavier. No to mówię do niego fajnie fajnie ale to za długie do mówienia. No to Chavi. Ola mówi Chabi. No skoro już Chabi to prawie jak Chappie czyli nasza zdrowa polska karma dla psiaków, więc w końcu Xavier został Pedigree Palem.
Zdjęcia :)
Ja i Pedigree Pal :D nie pytajcie czemu mam taką minę… sami musicie odgadnąć :D
^_~ Ola i Bayan w Pizzy Hut :D
Ola, Pera i Juan Jo :D niedługo fota Pery w czerni :P a ja w przebraniu! W szlafroku Lawrence’a:D
W kręgielni :D ograłam tam Michała na 20 funtów ;)
Komentarz taty- „przynajmniej widac że masz zęby w komplecie” :D
A tu mój dir metalgirl Sara jako Sadako bądź Samara z The Ring :D
A tu ja, sweet Pedigree Pal & Mariana :)
Niedługo więcej zdjęć :D
Przeciętna rozmowa Oli
-Hi!
-Guten morgen Ola!
-Hallo Ola! Que es esta?
-Senkju, gut.
[Ola idzie i potyka się o powietrze]
-Puta mać!
-Ola, u shouldn`t swear in Spanish.
-Oh yes, yo kapisko.
-Si si, tu kapiszi :D
-Hi, Pera!
-Hola Ola! [czesc ola a wymawia sie ola ola;]
-Ha-ha. Not funny anymore!
-You should pronounce my name ‚Pera’.
-”Pera”
-No, no! „Peeera”
-Kurde co za różnica??
-What?
-Beautiful łeder tudej, yzyn it?
-Yes, tru.
Nasz stolik został prawdziwym internaszonal tejbel :D W każdym razie podstawowe hiszpańskie, węgierskie, włoskie i rosyjskie przekleństwa mam opanowane ;)
Po paru dniach uformowała się z nas paczka, w której skład wchodził Pere, Juan Jo (obaj hiszp.), Petra (Węgry), Bayan (Kazach.), Michał, Sara (Hiszp.), Mariana (Hiszp.), Masza (Rosj.), Midori (Jap.) ja i Pedigree Pal (Hiszp.). Hece które wyczynialiśmy były nie do opowiedzenia (zwłaszcza w supermarketach One-Stop:) Sklepy cudne, wszystko można dostać ceny też super dopóki się nie przeliczy na złotówki ;)
Ciągałam wszystkich po każdej możliwej księgarni w poszukiwaniu mang, aż w końcu w ostatniej jakaś choża dziewoja z silnym szkockim akcentem spod Edinburgha poinformowała mnie o sklepie „Forbidden Planet”. No, to hajda. To nic że tomiki wahają się pomiędzy 5 a 10 funtów. Łaj not? :D
Jestem absolutnie szczęśliwa :D ci co wyzyskują mnie bez litości też się ucieszą, bo będzie co czytać ;)
Wiecie co to jest „punting”? a widzieliście Wenecję? No właśnie. Takie gondole tylko że po rzeczce przez Cambridge :D to nic że się omal nie potopiliśmy bo Michał wyskoczył na brzeg i zaczął biec po trawnikach ciągnąc nas za łańcuch :D
Zajęcia były lekkie, łatwe i przyjemne. Na koniec wystawiliśmy sztukę naszego własnego autorstwa, gdzie grałam genialną rolę żony Davida
(tego Czecha;) za którą dostałam Oscara z papieru:) kiedyś wrzucę skrypt, bo był genialny :) z góry uprzedzam, to wszystko było na trzeźwo!
Zżyliśmy się wszyscy ze sobą strasznie (*__*zwłaszcza z niektórymi) i kiedy nastąpiła dyskoteka pożegnalna (na której zostałam zmuszona do odśpiewania Nafin elz meters na karaoke-to było COŚ:)wszyscy się pobeczeli :D najwieksza beka była z tego że jacyś ludzie z którymi zamieniłam ze dwa słowa rzucali mi się na szyję z rykiem że będą za mną tęsknić („jes jes, aj łyl mys ju tu), a Juan Jo i Pera razem z Chavim próbowali mi związać ręce kablem od mikrofonu ^_~
Nie wiem. Piszemy do siebie ciągle, mam zaproszenia do każdego kraju (w tym do Hiszpanii kilkanaście razy), ale i tak mi smutno. Naprawdę, pokochałam tych ludzi *zwłaszcza niektórych*. Gdybym miała opisać wszystko co wyprawialiśmy zajęłoby mi to 20 stron, więc lepiej opowiem na moich urodzinkach :D jakby kto nie pamiętał 13 sierpnia :P jutro jadę na obóz żeglarski (grupa rejsowa), wracam za dwa tygi. Wiem, notka nudna i bez humoru. TRUDNO, śpieszyłam się, jakos sie przemęczycie. Już niedługo rok szkolny >:D Dobra, lecem, bo muszę wyszorować menażkę. Zalęgła się w niej jakaś obca forma życia O.O ostatnio jej 2 lata temu używałam, pewnie dlatego.
p.s. jak nie będzie więcej niż 6 komentów to nie napisze następnej notki. Uuuua, ale się teraz czuję be. Be Ola!!