dark-one-girl blog

Twój nowy blog

pytania

4 komentarzy

Siła internetu jest niesamowita.

Otoż ludzie, przeczytawszy zabawne dialogi na bashu zaczynają poszukiwać halucynki i ją odnajdują, w wielu miejscach w sieci.

Przyznam się szczerze, ze ksywa {Halucynka, Siostra Halucynka} ta jest szalenie orginalna albowiem stworzona w żarciku sytuacyjnym lat temu sto. Starałam się z nią zżyć, podobnie jak z Dark Girl czy MissVanDeTramp, i potwierdzam, jestem na joemonsterze, jestem na deviantarcie, jestem na forach, jestem na fejsbuku, jestem na filmwebie i robię flame war z debilami, jestem na pingerze, jestem na białychkozaczkach, jestem na pardonie, jestem na bashu ze swoimi rozmówkami. W paru innych miejscach ktoś radośnie przybrał sobie taki pseudonim, w końcu mamy wolny kraj. Jeśli ktoś ma wątpliwości, niech się wczyta i jeśli wyczuje charakterystyczny wkurwiający narcystyczny przemądrzały styl, to wtedy raczej ja. Dziękuję i żegnam. Bywam tu zbyt rzadko (cóż za eufemizm!) by prowadzić ożywioną korespondencję z ludźmi, którzy mają za dużo wolnego czasu i pytają czy wyślę im pukiel swoich włosów. Odpowiedź bowiem jest zawsze ta sama- oczywiście. Zapraszam za to do czytania dziełek poniżej, choćby „łysej śpiewaczki” z 2007 roku, całkiem zabawnej. Nie likwiduję tego na wszelki wypadek, Peter Jackson ostatnio skupuje prawa do ekranizacji wątpliwej jakości powiastek, może się zainteresuje. 

 

Bez odbioru, Ola.

Bycie chorą nigdy mi nie wychodziło.
Pomijając okres rozkosznego niemowlęctwa-dzieciństwa, kiedy to namiętnie wożono mnie na ostre dyżury z atakami dusznic rozmaitych i faszerowano antybiotykami wszelkiej maści, przez tych ostatnich naście lat udało mi się wmówić sobie i otoczeniu jak niezwykle odporna jestem na infekcje. Mój organizm robił wszystko, aby podtrzymać wysokie mniemanie o własnej nietykalności; od lat nierzadkim więc widokiem była Ola maszerująca dziarsko i ochoczo w krótkim rękawku przez zaśnieżony rynek (wycieczka do spożywczego po Twixy na przerwie śniadaniowej), Ola która nie zawraca sobie głowy suszeniem włosów przed wyjściem z domu, Ola-mors kąpiąca się w morzu zimą, Ola wiecznie ciepła, nigdy nie trzesąca się z zimna, z symbolicznym katarkiem raz w roku. Zdaję sobie sprawę jak niesamowicie wkurwiający musi być powyższy opis dla osób przeziębiających się łatwo i często, ale prawda jest taka-od wieków nie byłam prawdziwie chora. Mimo oczywistego i rażącego niedbalstwa, diety ubogiej w podstawowe produkty wzmacniające odporność, zamiłowania do ubrań cienkich i fobii swetrowej kpiłam sobie w żywe oczy z choroby. Aż tu nagle, jak nie pierdolnie wirus wiosenny. Pierwszej nocy ilość i realizm koszmarów przekraczała wszelkie granice; częstotliwość budzenia i uderzania głową w niski sufit na poddaszu również. Nie wspominając już o trzykrotnym zwaleniu na podłogę lampy (żarówka została czujnie stłuczona dawno temu), która oddalona jest od łóżka znacznie (jak? JAK, pytam?). Rano nie wiedziałam natomiast czy mój stan można określić i tłumaczyć inaczej niż przepicie lub przećpanie; nadwrażliwość powierzchni całego ciała zakrawała na obłęd, dotyk szlafroka na skórze wywoływał histeryczny chichot. Tupot białych mew był całkowicie nieuzasadniony, ale nieodparty. Obijałam się półprzytomna po mieszkaniu, zadzwoniłam też do taty z pytaniem czy hipoteka faktycznie jest przypisana do nieruchomości, a nie do osoby fizycznej? Nurtowało mnie to jakiś czas, a on po prostu przyjechał z kolejnym opakowaniem Ibupromu zatoki. Do kategorii niepokojących objawów można było zaliczyć także godzinę mojego wynurzenia z pokoju- były to okolice ósmej, co bez przesadyzmu można uznać za fenomen wart odnotowania, bo u mnie do południa budzikom śmierć. Nie obejrzałam wypożyczonych filmów, pierwszy raz nie dokończyłam Fear and loathing in Las Vegas, nie byłam w stanie przyjąć żadnego pokarmu poza ananasami z puszki. Snułam się między kuchnią (w której co chwilę otwierałam lodówkę i zamykałam ze wstrętem) a pokojem bez końca i bez soczewek, w starych, dwuogniskowych okularach korekcyjnych z zepsutym teleskopem. Teleskop trzymał całość, więc jego uszkodzenie wymagało zastosowania pomysłowych rozwiązań.
W efekcie gumka do włosów zaciskająca dramatycznie szkło przecinała mi obraz świata na pół. Łączac to z moim obrzydliwym różowym szlafrokiem w białe słonie (aha) tworzyłam żywy obraz siedmiu nieszczęść. Każda piosenka z wyjątkiem tej jednej kurewsko działała mi na nerwy. Przeczytałam za to Biblię od deski od deski, potem wydanie Starego i Nowego Testamentu z obrazkami (prezent komunijny.), następnie słownik mitologii greckiej i rzymskiej, słownik literatury powszechnej i nowy numer Wilq’a – ‚Tłuc buców’. („kto buców nie tłuce ten sam jest bucem!”). Swoją drogą, mój intymny, tajemniczy i kompletnie niezrozumiały kontakt z Pismem jest niewytłumaczalny nawet dla mnie samej, a już najbardziej (najmniej?) dla szkolnej katechetki, która przeprowadzała niedawno konkurs wiedzy biblijnej i wyraźnie pęłko jej naczynko na mój widok (na zajęcia nie uczęszczam uporczywie od lat dwóch). Wyżej wymienioną wiedzę mam bowiem rozległą.Ale jest to temat na dłuższą rozkminę. (ha! rozkmina! czyż nie jest to urocze słowo?)
Dnia następnego miała miejsce kolejna plaga egipska- mój głos, nigdy szczególnie wdzięczny, dźwięczny ani dziewczęcy, wyewoluował w pomruk w rodzaju Macieja Zembatego w „Piosenkach z trumienki”. Tylko trochę bardziej. Na reakcje współczujących (ha! ha! ha!) bliźnich wolę spuścić zasłonę miłosierdzia.
W chwili obecnej, tj dnia piątego, utrzymawszy honor-nie poddając się leczeniu antybiotykami czuję się wręcz dobrze. Po co to napisałam? Może wyciągnęłam wnioski z kilkudziesięciu najbardziej zachrypionych godzin mojego życia? Pewnie nie.
Jak tam ferie? Ferie spędziłam w miejscu ciepłym. Już na tak ogólną uwagę większość sugeruje mi dość gwałtownie bym oddaliła się szybko w nieznanym kierunku, kiedy natomiast nakreślam rys geograficzny, widzę w oczach iskierki szaleństwa. Mauritius jest krajem mikroskopijnym, specyficznym i powiedzmy, że na tym zakończę. Prawie. Jako, że obowiązuje zakaz wywozu jakichkolwiek muszli z wyspy, w strachu przed czarnymi celnikami uzbrojonymi po same zęby upchnęłam pół kilograma muszli w staniku. Och, rzucę jeszcze tylko uwagę na temat mojego niezawodnie beztroskiego taty, który niezwykle czujnie zapomniał poinformować o planowanym czasie lotu. Po jedenastu godzinach zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy mój biust odzyska kiedykolwiek naturalny kształt (choć wzorek odbitej muszelki mógłby być ciekawym erotycznym wabikiem. na pewno. na pewno.) Przy odrobinie weny podrasuję nieco opowieści z okolic równika, uwielbiam być obiektem zawiści.
Wiosna ewidentnie przyszła.
Wzeszły pierwsze przebikupki, a nawet krokusy. Słońce naprawdę świeci! Moje wymądrzanie na dowolny temat przechodzi już wszelkie pojęcie, ilość amatorów przygód seksualnych na ławkach parkowych stale rośnie wraz z temperaturą, a cena kalafiora spada! Tego co się dzieje w mojej szkole, niestety, nie zawdzięczam porze roku, lecz licznym widzom naszego 1 ALO Show, którzy, wysyłając smsy, połowę nauczycieli posadzili na gorących krzesłach, co skutkuje odchudzeniem naszego planu lekcji o połowę godzin (jeśli nie więcej).
W skrócie: absolutnie zwyczajny chaos.

Właśnie się dowiedziałam, że żurek, który ugotowałam, bazował na wodzie z czajnika, w którym był odkamieniacz. To by nawet wyjaśniało, dlaczego śmietana, na której jest napisane, że się na waży – zważyła się.

Haiku.

Ostatni dzień roku,
podsumowań, życzeń.
Wypić piwa chcę.

Życzę wszystkim, których lubię szczęśliwego nowego roku, a tym których nie lubię, żeby zdechli w męczarniach jak najszybciej. (nie dotyczy osób których nienawidzę, tylko tych których nie lubię).
Tyle tytułem tradycji.
Kilka minut temu pisząc o Saddamie Hussajnie (fascynujące, jego nazwisko nieodmiennie kojarzy mi się z hasaniem) przypomniało mi się, jak bardzo glamur dżezi gruwi i smaszing jest tworzenie przez zbuntowanych nastolatków podsumowań rocznych, a przecież nie zaniedbam swojego wizerunku, też napiszę, już już.
Tylko skończę się obijać.

Wiem wiem, nie pisałam wszakże tak długo, powinniście mnie zesromać (jeszcze jedno zabawne słowo), nie w głowie mi teraz streszczanie irlandzkich przygód, do których mogę zaliczyć dwukrotną wizytę na komendzie policji w Dublinie, komiczny podryw polskich roboli, spanie z psem importowanym z Afryki i picie hiszpańskiego wina z hardkorową irlandzką babcią do drugiej w nocy (zabawne, jak potrafi rozszerzyć się zasób słownictwa!).
We wspomnianej głowie natomiast hasają mi różowe jelonki, sugestywnie machając ogonkami. W tle tęcza, krasnale ogrodowe i ogólnie mega suitaśny stuff. (nie, nie wąchałam znów korektora).
Podczas gdy pies sąsiadów z głucho i miarowo wali łbem w ścianę swojej pancernej budy, dowcipny dzielnicowy dowcipniś ponownie przekleja litery na tabliczce ulicy Tkackiej by utworzyć z niej ulicę Kaca, kradzione samochody rozpaczliwie wyją, a mój nieszczęsny komputer wystosowuje do mnie komunikaty o małej ilości miejsca na dysku, o krytycznie małej ilości miejsca na dysku, ja siedzę w swoich różowych, burżujskich i uber pedalskich skarpetkach na łóżku, po ciemku, czuję się prawie jak tru h4xor, elo, słucham Juliette&The Licks i po prostu mi dobrze. Jutro piątek, a potem kolejny tydzień, który minie równie szybko jak ten, bo przecież to I ALO SHOW, w którym nic nie dzieje się naprawdę. Bohaterem dzisiejszego odcinka jest Babcia Halina z daleko posuniętą schizofrenią, jutro stawiam na Kumkę, która przecież w zeszłym tygodniu przeszła samą siebie, gdy podczas lekcji genetyki w szkolnych katakumbach, stwierdziła, że jest tortem. Gratulujemy dojścia do ładu ze swoją tożsamością, zachęcamy do dalszych badań nad własnym ego. Finał za rok. Matura.

Ale póki co jest bardzo, bardzo, bardzo zabawnie. Aż mam ochotę uśmiechnąć się jak Jack Torrance.

kaboom.

13 komentarzy

Wakacje rozpoczęły się z hukiem.
Huk był dźwiękiem, jaki rozległ się po uderzeniu obucha o moją głowę.
Z pomiędzy dzwonienia i dudnienia, nieśmiało wyłoniła się jasna, nienaturalnie trzeźwa myśl: O KURWA, ależ ja się opierdalałam w tym roku.
(zapomniałam dodać, ze myśl ta miała właściwą mi, delikatną i kobiecą formę.)
Fakt faktem-pierwszy raz nie zrobiłam absolutnie nic, co mogłoby dać mi chociaż namiastkę dumy i poczucia dobrze spełnionego obowiązku.
Za kilka dni wybywam do Irlandii polować na wróżki, straszyć banshee i zajebać krasnalowi garnek złota z końca tęczy.
Powrotu do formy i dłuższego tekstu można spodziewać się w sierpniu. Sorry. Chwilowo jestem w żałobie po swojej ambicji.

PS. Z religii otrzymałam ocenę dobrą. Jako ciekawostkę dodam fakt, że nie pojawiłam się na niej ani razu.

Pada.
Pada, a ja sobie idę. Idę, moknę, moknę, moknę, moknę do szpiku kości. Tak prawdziwie, nie przerażona, tylko diabelnie spokojna, z pełną jasnością umysłu. Nie z siatką, torebką z imitacji skóry nad głową. Moknę z premedytacją, na przekór wręcz, dziecinnie buntowniczo. Bo czemu nie? Pada mocno, dosadnie, dobitnie. Absurdalny parasol w groszki złożony w torbie w kapsle, bo ja cała jestem w groszki i kapsle, taka absurdalna dogłębnie. Płaszcz na ręce,
pasek ciągnie się po ziemi, pławi w kałużach, będzie schnął (sechł?) ze cztery godziny, i co z tego. Jedyną pępowiną łączącą ze światem prawdziwym są kable w moich uszach i monitorek małego szatana w odrapanej obudowie.
My wild love went ridin’
She rode all the day
no więc moknę a moknę, a moknąć będę jeszcze, z uporem maniaka, białym patyczkiem w dłoni i z nadzieją na kogoś. Proszę, żeby się wrócił; on mówi nie-nie-nie, innym razem, i
stawia uśmiech :)hahahaha, przecież wiem, ja też bym nie wróciła, i on jeszcze mówi, że życie z cynizmem płynie dalej; a może ja nie chcę? tak więc szukam kogoś, kogoś kto też moknie,tak całkiem, tak jak ja;tak pewnie i stanowczo, tak cudownie na wskroś i orzeźwiająco do środka;
i jest.
też idzie, i moknie, i chyba też czuje tę ciszę; to fascynujące napięcie i jednocześnie błogi spokój. tylko że on jest daleko, nie tylko fizycznie, ale i wewnętrznie; daleko ode mnie, nieosiągalnie. Progi, moi kochani. Progi. i moje nogi.
niedaleko domu usuwam muł z koryta strumyka z dzieckiem; oczy jak spodki, jak duże groszki. Płaszcz skąpał się w błocie, śmieje się sie mnie sprzączka, ha-ha-ha. wszystko zaczyna przypominać ziszczony sen idioty. Postanawiam skąpać się w rzeczce;w końcu bardziej mokrzy nie będziemy, hmmm, doktorze Watsonie? ale najpierw chwilę popatrzę.
No i p a t r z ę.
With your feet in the air and your head on the ground
Try this trick and spin it, yeah
Your head will collapse
If there’s nothing in it
And you’ll ask yourself
Where is my mind?
pole gąbczastych pomarańczowych grzybków rośnie wokół mnie,a ja wciąż nie mogę przestać p a t r z e ć. Moje oczy krótkowzroczne -6 na rzeczywistość a daleko sięgające po uroki obejmują cierpliwie, precyzyjnie każdy detal.
I chłoną.
Skąpałam się.
I on też pisze, i dobrze mi z tym, sięgam plateau, ale co ja mogę, leżę na oiomie po dawce cudów, oiom jest moim rattanowym łószkiem (jak mis uszatek, co klapnięte uszko ma!), kordła swetr no i wiejący wiater obowiazkowo, i sen; sen który nie będzie piękniejszy niz to co się działo niedawno.

Ciągle czekam, aż ktoś wyskoczy z bukietem kwiatów z okrzykiem: Mamy cię!
Dzisiejszy dzień ogłaszam dniem świra.
Szkoła i inne nieprzyjemności
Kobieta od niemieckiego uroiła sobie że mnie n i e ma, i zaprowadziła za ucho do dyrektora. Za co, pytacie? No właśnie, za to że byłam. Z uporem maniaka twierdzi, że nie jestem w jej grupie (zastanawiający jest fakt, że nauczycielka drugiej grupy w życiu nie widziała mnie na oczy.)
Dyrektor, człowiek uroczy i wręcz słodki, patrzył łagodnie na z góry przegraną walkę bliskiej totalnego wkurwu dziewoi i potwora w obrusie.
No właśnie, czy można poważnie traktować kobietę, która ubiera się w obrus?
O aferze z językiem angielskim nie będę się rozpisywać, ale pragnę tylko powiedzieć że nie jestem żadnym łobuzem :<
Skończył się sok pomarańczowy.
Nie było jedynych słusznych pączków. Z adwokatem.
Zepsułam gramofon.
Wylałam bananową czekoladę na schodach. Nie mogło być inaczej.
Ferie zimowe
Nienawidzę Zakopanego. Nie wiem co można widzieć w tej nieustannie przelewającej się kupie ludzkich istnień, okutanej w czerwono-szare kurtki zimowe. Wszędzie te cuchnące oscypki, gwiżdżące świstaki, ciupagi, kożuchy, końskie odchody, brrr.
Na stoku grasujący reporterzy VIVA! Polska, prowadzący nowy program Randez-vous.
Reporterka: Może parę słów do kamery?
Ola (myśli): Umrzyj
Ola (mówi): Może budyń?
Reporterka (skonsternowana): Hahahaha, taaak, jaki powinien być twój chłopak? Może dzięki naszemu programowi znajdziesz mężczyznę swoich snów?
Ola: Mężczyzna moich snów NA PEWNO nie będzie oglądał Vivy.
Moje zdolności snowboardowe uległy pewnym zmianom.
Ale raz wyrżnęłam głową o lód, ouu bejb. W pierwszej chwili byłam pewna, że się zabiłam i ledwo zdążyłam się nacieszyć jakie to uczucie, a już dostrzegłam jak jakaś lasencja w szarej kiecy energicznie do mnie macha, uśmiechając się nieszczerze.
Panna Rzeczywistość.
Walentynki
Walętynki były.

Ostatnio trochę myślałam. Nie spodobało mi się to za bardzo, więc postanowiłam coś napisać. (nie, nie napisać. SPŁODZIĆ. świetne słowo. płód. płód. prawie tak samo fajne jak ‚becikowe’. płód. płód.)
Jako, że moje skrajne lenistwo i olewactwo przekroczyło ostatnio wszelkie normy ustalone przez mistrza Garfielda (świadczy o tym jak choćby ma zapierająca dech w piersiach i powodująca zatwardzenie średnia ocen), dziś napiszę całkowicie niezłożone tematycznie i ogólnie nieskładne podsumowanie roku 2005, który definitywnie przeminął. Będzie sporo bezzasadnego chwalenia się tudzież chwalenia lub też zwykłego nudzenia.
Moja największa porażka: Spiking na FCE, który pogrzebał marzenia o ocenie A,a zaprowadził w ramiona brzuchatej B.
Największy sukces: Wystawa moich prac w szkole. W sumie szkoda, że połowę zajebali.
Największa kupa filmowa: Przez długi czas prowadził Aleksander z Troją, ale w ostatnich metrach wyprzedził ich King Kong. Owłosiona kupa gówna z przewagą kupy.
Najzajebistsze filmy: Corspe Bride, Charlie and Chocolate Factory, Sin City, Hitchhiker’s guide to the galaxy
Najbardziej magiczny i podniosły dzień: 13 sierpnia
Najbardziej romantisch: 12/13 i 15/16 sierpnia, noc
Najmocniej rozczulająca piosenka: Lewe loff
Najbardziej elektryzująca piosenka: Jerk it out
Najlepszy trunek: bezkonkurencyjnie wygrywa rosyjski szampan za 2,50
Damski zapach: Dolce&Gabbana ‚Light Blue’
Męski zapach: Str8 ‚Original’
Najbardziej żenujący moment: zbyt wiele nominowanych, ale do pierwszej trójki można zaliczyć wpadnięcie w pełnej prędkości na drzwi w przekonaniu, że klamka jest po drugiej stronie, wpadnięcie w pełnej prędkości na szklane drzwi w przekonaniu że ich nie ma, oraz przeczytanie na sejmiku europejskim „orgazmu politycznego” zamiast „organizmu politycznego”
Pogłębienie wady wzroku: półtora dioptria (jest szansa, że do 18 roku życia dogonię stępnia)
Pojęć dodanych na listę znienawidzonych: 42
Stan obecny listy: 129
Ludzi, którzy będą mnie dobrze wspominać: +- 20
Ludzi, którzy stanowczo nie będą mnie dobrze wspominać: 8
Animowane serial tv roku: Dom dla zmyślonych przyjaciół pani Foster, wciąż Świat według Ludwiczka, Ed Edd i Eddy
Poziom zajebistości: stale rośnie
Poziom zjebania: stale rośnie, nie wchodzi w zależność z wyżej wymienionym
Słowo od autora statystyk: widzimy pewne wahania w strefie zjawiska ‚fajność’, jest ono spowodowane niżem wartościowych nadciągającym ku nam ze strony daleko posuniętego samouwielbienia przy paradoksalnym uczuciu zjebania całkowitego. Zjawisko to jest niewytłumaczalnym wybrykiem pogodowym.

Rok 2005 przyniósł nam także wiele niewyjaśnionych zagadek, tajemniastych tajemnic i intrygujących zagadnień, takich jak;
*jakim cudem półtorametrowy chomik zamieszkał w Belwederze?
*czy opalenizna skazanego Andrzeja L. jest naturalna?
*czy ojciec Dyrektor jest Żydem?
*czy można zgwałcić prostytutkę?
*dlaczego chleb zawsze spada na ziemię posmarowaną stroną?
*czy w 6.06.06 nastąpi koniec świata?
*…i gdzie, do kurwy nędzy, podział się mój zeszyt od PO?
Na te i inne pytania, moi drodzy czytelnicy, odpowiedzi nie znamy.
Ale przecież ona jest.
Out there.

Jest piątek, godzina 14:07, dziesięć minut temu podniosłam się z łóżka. Ominęła mnie wątpliwa przyjemność jazdy pociągiem na dworzec główny w Gdyni w przedziale śmierdzącycm starymi ludźmi, a następnie walczenia bohatersko ze snem na filmie Oliver Twist(ed).
Z n ó w mam oko jak jebany Quasimodo, tym razem nie za sprawą uderzenia rozhuśtanym pośladkiem, a za sprawą nieznaną.
Święta idą, śniegu nie ma, srak mi naptakał przez okno dachowe do pokoju. Życie jest śmieszne, naprawdę.
Od dłuższego czasu mam wrażenie, że wszystko wokół mnie jest absurdem, pracowicie zaprojektowanym przez jakiegoś maniaka.
z cyklu: zeszyt oli

złota myśl dnia
Chomiki nie służą do otrzymywania węgla.


  • RSS